Directe Americaine na Petit Dru (6c+, 1400m/32wyc. do szczytu) to bez wątpienia jedna z najsłynniejszych czysto skalnych dróg w Alpach. W dniach 14-15 lipca 2023 zmierzyło się z nią trzech członków naszego KW – Andrzej Ficek, Romek Forysiak i Szymon Podosek. Akcja górska z podejściem i zejściem zajęła zespołowi 70 godzin. Była to przede wszystkim piękna przygoda ze świetnym wspinaniem i sporą dawką alpinizmu, a przy okazji jedno z nielicznych polskich przejść klasycznych całej drogi oraz pierwsze przejście klubowe.

Poniżej skrócona relacja, zainteresowanych szczegółami oraz przydatnymi informacjami (m.in. opis każdego wyciągu!) odsyłamy tutaj -> https://www.climber.com.pl/?strona=post&id=585.

Główna część American Direct prowadzi rysami i zacięciami przecinających ścianę zachodnią – czeka na niej około 20 wyciągów intensywnego wspinania z najtrudniejszym daniem głównym na sam koniec –  bajecznym 90-metrowym zacięciem. Do szczytu pokonać trzeba dodatkowo około 12 wyciągów drogą Allain-Leininger na ścianie północnej, przejście na Grand Dru to dodatkowo grań i trzy wyciągi.

O drodze z Romkiem myśleliśmy już w zeszłym roku – wtedy jednak z powodu bardzo dobrych warunków na Filarze Walkera zdecydowaliśmy się właśnie na ten cel (RELACJA). Jak się okazało była to bardzo dobra decyzja gdyż z pewnością na AD nie byliśmy jeszcze gotowi – tym razem wiosenne intensywne treningi w rysowych rejonach skałkowych i pozytywna weryfikacja formy na Enversach dawały nadzieję na przejście klasyczne. W ostatniej chwili na akcję zdecydował się dołączyć do nas Szymon – trójkowy zespół to co prawda więcej godzin w ścianie, ma jednak też swoje niezaprzeczalne zalety, dodatkowo kolega zgodził się dźwigać największy ciężar przez całą zachodnią ścianę 😊.

Zanim zabierzemy się za główny cel wyjazdu, spędzamy dwa intensywne dni na wspomnianych Igłach, podczas których przechodzimy dwie świetne drogi należące do klasyków masywu – 11-wyciągową Pedro Polar 6b/c w trójkę (RELACJA) oraz 21-wyciągową République Bananière 6c w dwójce z Romkiem (RELACJA). Po rozwspinie wracamy z towarzyszącym nam Anią i Marcinem (przeszli Children of the moon 6a, 9wyc. i z Szymonem kilka wyciągów na Bienvenue au Georges V 6b) do Chamonix na dwa noclegi by odpocząć i porządnie pojeść, po czym ponownie wyjeżdżamy na Mer de Glace i idziemy na nocleg pod zachodnią ścianą Petit Dru.

Ponieważ postawiliśmy na styl light (fast nie wypalił 😉) na noclegi zabraliśmy tylko małe podkładki z gąbki oraz wzmocnione worki NRC – podczas pierwszego noclegu bardzo to jeszcze nie doskwierało (na miejscu znaleźliśmy stare karimaty), podczas drugiego było już dużo gorzej. Mimo tego po doładowaniu plecaków butami, rakami, czekanami (po 1), wodą, jedzeniem, ciuchami i sprzętem do gotowania oraz dodatkami oba plecaki ważyły powyżej 10 kilogramów – tylko idący na pierwszego miał luksus wspinania na lekko (mały plecaczek z ciuchami). Podczas planowania strategii ustaliliśmy, że prowadzę z Romkiem na zmianę całą ścianę zachodnią, a Szymon dodatkowe wyciągi na ścianie północnej.

Po przejściu krótkiego pola lodowego w ścianę wchodzimy około 5:30 (plan był na 4), gdy robi się już jasno. Dolna część ściany idzie nam dość sprawnie – pierwsze wyciągi w płytach są dość przystępne (do 5c+) i wyjątkowo wyposażone w stałe punkty. Od szóstego wyciągu zaczyna się już bardziej wymagające wspinanie na własnej asekuracji. W pamięć zapada szczególnie kapitalne 40-metrowe zacięcie z rysą ze stałymi trudnościami 6b, gdzie zdecydowanie pomaga umiejętność klinowania. Ten i kolejne wyciągi mimo stosunkowo niewielkich trudności są bardzo siłowe co po kilkuset metrach daje się we znaki – sporo zespołów z tego właśnie powodu zalicza wycofy (tego dnia przydarzyło się to dwóm pozostałym zespołom w ścianie, Hiszpanom i Amerykanom). Jakkolwiek wspinanie jest niesamowicie estetyczne i zajmujące, a asekuracja własna bardzo dobra. Powyżej pokonujemy jeszcze imponujące Zacięcie Mailly’ego i kilka innych świetnych odcinków, po czym docieramy na spory taras utworzony przez wielki blok skalny (Bloc Coince) nad którym czekają główne trudności drogi – zjawiskowe 90-metrowe zacięcie przecięte prawie na całej długości rysą.

W miejsce to docieramy o 19-tej, czyli dwie godziny później niż zakładaliśmy – dokładnie tyle wcześniej mieliśmy wystartować… Ponieważ  mamy jeszcze prawie trzy godziny do zmroku, postanawiamy jednak spróbować przejść trudności by zgodnie z planem zabiwakować na tarasie po przewinięciu na ścianę północną. Crème de la crème całej ściany to dwa wyciągi w przewieszonej części zacięcia, oferujące ciągowe i techniczne wspinanie na własnej asekuracji. Pierwszy z kluczowych wyciągów (6c) udaje mi się poprowadzić OS-em, na przejście drugiego, trudniejszego fragmentu zostaje nam jednak przed zmrokiem zaledwie godzina – okazuje się, że to za mało… Prowadzący teraz Romek już po kilku metrach natrafia na bardzo trudny fragment i zawisa – kończy się na mozolnym pokonywaniu kolejnych metrów do stanowiska z blokami na założonych po drodze przelotach. Ponieważ robi się ciemno odpuszczamy kolejną próbę i zjeżdżamy do Szymona na biwak. Nie możemy wyjść z podziwu dla Christophe’a Profit, który w 1982 roku przeszedł zacięcie (i całą ścianę!) free solo – na Internecie znaleźć można film z tego wydarzenia. Jego wyczyn powtórzył w 2021 Alex Honnold, który dodatkowo zszedł drogą w dół 😊.

Rano budzimy się mocno zmęczeni i długo nie możemy wystartować, ciało boli, rany na rękach szczypią a lodowata skała nie zachęca do wspinania. Mozolnie pniemy się pod pozostały do poprowadzenia wyciąg z przeświadczeniem, że nie mamy szans… Romek dwukrotnie próbuje przejść trudny fragment na starcie i odpuszcza – ku naszemu zdziwieniu moja próba fleszem okazuje się skuteczna, a więc mamy to – American zrobiony klasycznie! Sporo zespołów zjeżdża z tego miejsca, my od razu zakładamy jednak tylko jedną opcję – wspinanie aż do szczytu. Dlatego też pokonujemy męczący nitowy trawers na ścianę północną, gdzie czeka nieprzyjemna niespodzianka – bardzo mocny wiatr. Mimo tego cierpliwie pokonujemy kilkanaście wyciągów drogi klasycznej (Allain-Leininger), które prowadzi Szymon. Skała miejscami jest krucha i w wyższy partiach lekko zalodzona – warunki są jednak bardzo dobre gdyż nie trzeba wspinać się mikstowo. Mocny wiatr poza tym, że cały czas nas wychładza, również pomaga – przegania czarne chmury, z których od czasu do czasu coś kapie.

Na pik docieramy około 19-tej, robimy kilka szybkich zdjęć z „Maryjką”oraz banerkiem klubowym i wspinamy się dalej na Grand Dru, na które docieramy około 21-ej. Tam poważnie zastanawiamy się czy ryzykować zjazdy przy tak silnym wietrze – z pewnością będą problemy ze ściąganiem liny, a gdybyśmy zostali bez niej narazilibyśmy się na wychłodzenie na eksponowanej ścianie. W końcu postanawiamy jednak działać, starając się zrzucać linę w krótkich przerwach między silnymi podmuchami. Po mozolnej pracy i marznięciu na stanach (na jednym z nich mając do dyspozycji osłoniętą półkę robimy godzinną drzemkę) o świcie dojeżdżamy wreszcie na lodowiec Charpoua i do położonego pod nim niewielkiego schroniska. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej na lodowiec Mer de Glace i dalej pod kolejkę, którą wracamy do Chamonix. Po burgerze w Poco Loco i zasłużonym piwie od razu pakujemy się do auta i ruszamy do Polski.  Na szczęście jest z nami Ania, która prowadzi pierwsze kilka godzin dając nam się przespać – niektórzy prosto z podróży udadzą się do pracy 😊.

Podsumowując, American Direct to droga absolutnie zasługująca na górskie 10/10, dostarczyła wspaniałych wrażeń oraz solidnie przetestowała nasze skromne umiejętności i wytrwałość. Warto marzyć o takich celach, trenować oraz zbierać doświadczenie. Mamy nadzieję, że naszym śladem pójdą w przyszłości inni klubowicze!

Poniżej trochę zdjęć z drogi oraz dwóch wcześniejszych na Enversach.