To już chyba tradycja, że pogoda podczas naszych obozów zimowych nie rozpieszcza – tym razem tuż przed naszym przybyciem do Doliny Staroleśnej mocno sypnęło śniegiem, następnie rozhulał się wiatr do 150 km/h, na koniec przyszła odwilż 😊. W tych warunkach zrobienie „czegokolwiek” było dużym wyczynem, dlatego też ambitniejsze plany trzeba było zamienić na te bardziej realne, a dodatkową rekompensatą była możliwość częstszej i dłuższej integracji w schronisku.

Sobotę większość obozowiczów poświęciła na dotarcie do bazy czyli Zbójnickiej Chaty – mocno doładowane plecaki dawały w kość i podejście z parkingu zajmowało kilka dobrych godzin. Ci z nas, którzy mieli jeszcze później siłę i spręża, od razu zabrali się do działania. I tak na Świstowy Szczyt ruszyła spora grupa, zarówno na nogach jak i na nartach. Dwie ekipy ruszyły na wspinanie w kierunku Baniastej Turni, jednak gdy nie udało dokopać się pod ścianę, zmieniły swoje plany – finalnie skończyło się na Sławkowskiej Kopie i drodze Dáma s péřovkou (M4) w wykonaniu moim i Michała. Wieczorem jako ostatni dołączył do nas Maciek, który wybrał niebanalną trasę dojściową do schroniska przez Sławkowski Szczyt i Jaminę.

Niedziela mimo fatalnej prognozy nie zniechęciła do działania – w poniedziałek miało być jeszcze gorzej 😉. Większość obozowiczów zeszła pod Lodospad Veverki, który tego dnia był oblegany – po jego przejściu Mateusz z Krzyśkiem i Patrykiem wbili jeszcze w drogę Siesta (M4+) ale szybko z niej zrezygnowali z powodu deszczu. W międzyczasie doświadczenie na okolicznych lodach zbierało sporo osób. W okolicy Zbójnickiej pozostali Mariusz (Kućka) z Rafałem (Jeżykiem), robiąc wspominaną już Damę na Kopie. Dwa zespoły natomiast (Michał z Filipem i ja z Anią) na własne życzenie postanowiły zafundować sobie wysoko w górach „szkocką przygodę” – uporanie się z Lewą Depresją (wariant 4+) na Baniastej zajęło z powodu warunków i pogody kilka dobrych godzin, a wydostanie się ze ściany w zamieci i szukanie schroniska zapewniło dodatkowe emocje. Przed załamaniem pogody na turach z Rohatki zjechali Mariusz (Juras) z Krzakiem. Wieczorem odbyła się huczna impreza, powód był bowiem niebanalny –urodziny Ani, Filipa oraz okrągłe Kućki, który obdarowany został historycznym zestawem alpinistycznym 😊.

Poniedziałkowe przedpołudnie było ciężkie nie tylko z powodu dziwnej suchoty w ustach u większości obozowiczów, a przede wszystkim z powodu huraganowego wiatru, przy którym sporym wyczynem było dojście do odległej o 20 metrów od schroniska toalety 😉. Pogoda poprawiła się dopiero późnym popołudniem, kilka osób wybrało się więc na tury w kierunku Zawraciku Rówienkowego.

Wtorek niestety nie przyniósł dobrych wieści – było nadal pochmurno, wietrznie, na dodatek temperatura poszła mocno w górę. Szybką turę na Czerwoną Ławkę zaliczyli Juras z Krzakiem, popularną podczas obozu Damę na Kopie przeszli Mateusz z Krzyśkiem i Patrykiem, a okolicznego klasyka jakim jest Komin Zamkowskiego Mariusz z Szymonem – początkowo wraz z Rafałem weszli w Lewy Filar Warzęchowej Turni jednak z powodu złamanej dziaby Jeżyka nastąpił odwrót i przegrupowanie. Ja wraz z Anią i Michałem wybraliśmy się pod Veverkę, po której przejściu już w 2-osobowym zespole udało się pociągnąć OS-em Piranhę (M6+). W środę na miejscu było już tylko kilka osób, które powracały z akcji we wtorkowy wieczór i postanowiły spakować się i zejść na spokojnie dzień później.

W obozie udział wzięło 27 osób, co biorąc pod uwagę limit miejsc jaki mieliśmy w schronisku i niezbyt optymistyczne prognozy jest pozytywnym sygnałem świadczącym o tym, że klubowicze lubią przebywać razem „na wysokości” 😊.

@Andrzej Ficek